Zbieg okoliczności - rozdział 15
Wojtek już od wyjścia z hotelu miał głupie wrażenie, że zwraca na siebie większą uwagę niż zazwyczaj. Okej, jeszcze rozumiał Lenę, która kilka razy do niego mrugnęła i uśmiechnęła się niby to porozumiewawczo, niby tajemniczo, czyli w sposób, który dobrze znał. Aż za dobrze.
Kiedyś, gdy byli jeszcze dziećmi, ćwiczyła ten uśmiech przed lustrem, naśladując Britney Spears. To była wówczas jej idolka, zbierała zdjęcia i plakaty, a Wojtek zawsze jej z tego powodu dokuczał. Choć czasem, co było naprawdę straszne, zostawał szantażem zmuszany, żeby siedzieć z nią i oglądać teledyski, ale przecież nie mógł pozwolić, żeby mama dowiedziała się o tych eksperymentach z jajkiem niespodzianką i karbidem, zwykle kradzionym z jakiejś budowy. Cóż, byli dziećmi. Teraz, patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, uważał, że taka fascynacja wyszła jej na dobre. Dzięki ciągłemu śpiewaniu do dezodorantu i tłumaczeniom tekstów piosenek Lena tak pokochała język angielski, że poszła na takie właśnie studia.
Tak czy inaczej, wiedział, co ten uśmiech oznacza. Ona domyślała się, co zaszło i widział, że hamuje się przed tym, żeby nie zaciągnąć go w jakiś ustronny kąt i wypytać o wszystko. Zawsze interesowała się jego życiem, ale teraz to prawie umierała z ciekawości, ciągle skubiąc swoje długie rude włosy związane w kucyk. Jednak widziała, że wyszedł z Dominikiem i chyba nie chciała teraz zaczynać tematu.
– A ty co robiłeś przez cały wieczór, co? Jak zniknąłeś w pierwszy dzień, tak cię nie widziałem. – Tadek klepnął go w plecy. Chyba wypił coś więcej niż kawę, bo był zdecydowanie zbyt wesoły i beztroski, wrzucając byle jak swoją torbę do luku bagażowego. – Mówią, że kogoś wyrwałeś – roześmiał się, a Wojtek zamarł. Przypomniał sobie słowa Leny, że widziano go z jakimś facetem w niedwuznacznej sytuacji. Co prawda wyjaśniła już, że to żart, ale co, jeżeli ktoś naprawdę...
– Za to ty wyglądasz, jakbyś się z kimś lał – stwierdził Eryk, trzydziestoletni matematyk z ich szkoły, patrząc na Dominika. – Ktoś ładnie ci wpierdolił. Patrz, a niby jesteś taki sprawny fizycznie...
– Żebym ja zaraz tobie nie wpierdolił, bo wtedy się przekonasz na własnej skórze – warknął Dominik. Nie znosił tego faceta. Irytujący, zachowujący się, jakby pozjadał wszystkie rozumy. Zawsze wywyższał się i w kółko powtarzał, że umysły ścisłe to ludzie bardziej inteligentni od innych. Jakoś po nim nie było widać tej inteligencji.
– Dobra, przestańcie – wtrąciła się Dorotka. – Wsiadajcie i już. Dominik, masz jakiś papier od tego lekarza? Jakieś zwolnienie? Dam jutro do sekretariatu.
– Nie mam. – Dominik wzruszył ramionami. Zupełnie o tym nie pomyślał, okłamując ich wtedy, że idzie do punktu medycznego. A przecież jako nauczyciel nie mógł się pojawić w pracy z podbitym okiem. Niestety, mimo zimnych okładów, miał naprawdę dużego, fioletowego siniaka. A to będzie schodzić dobrych kilka dni. Chyba jutro będzie musiał coś z tym zrobić, załatwić jakieś L4. – Nie mieli druczków – mruknął i chwytając swoją torbę, ruszył w stronę autobusu
– Nie mieli druczków, serio? – zapytała Lena, podchodząc do Wojtka. Mimo że starała się zachować dyskrecję, nie mogła powstrzymać parsknięcia. To wytłumaczenie było tak strasznie naciągane... – Nie mów, że to ty się z nim pobiłeś... – Uniosła brew, przyglądając mu się uważnie.
– Nie. Po prostu rano wpadł na szafkę – rzucił Wojtek, chcąc uciąć temat. I tak już za dużo osób się tym wszystkim interesowało. Lena to Lena, ale Tadek, Eryk, Dorotka i jeszcze kilka innych osób... Lepiej, żeby nie zadawali dalszych pytań.
– Rano? – Lena znowu uśmiechnęła się, ale tym razem tylko kącikiem ust. Wojtek sam się wkopał. Zawsze wiedziała, jak go podejść, przecież był jej przyjacielem od lat. Gdyby nie to, w życiu nie domyśliłaby się, że jest gejem. A teraz w dodatku chyba zakochanym gejem. Obserwowała go, kiedy spotkali się wcześniej w holu. Co chwilę jego spojrzenie zatrzymywało się dłużej na Dominiku. Normalnie niby nic, ale... Wiedząc już, co jest na rzeczy, po prostu zwracała na to większą uwagę. – Pogadamy później, przyjadę do ciebie wieczorem. O ile jesteś dzisiaj wolny... – Puściła mu oko i poszła razem z innymi do autobusu.
Wojtek szukając sobie miejsca, zauważył, że Anita, która przed chwilą stała i rozmawiała z Dominikiem, teraz usiadła dwa rzędy dalej. Wydawała się być bardzo niezadowolona i co chwilę wydymała usta. Chyba usłyszała coś, co nie bardzo jej się spodobała, bo wyglądała na bardzo obrażoną.
Dominik najwyraźniej na niego czekał, bo od razu zrobił mu miejsce, ściągając z wolnego fotela swoja kurtkę.
Wojtek chwilę się wahał, ale w końcu usiadł, choć w taki sposób, żeby był między nimi dystans. Nie chciał żadnych plotek czy żarcików, dlatego starał się, jak mógł, żeby go nie dotykać. Oczywiście nie, żeby nie miał na to ochoty, bo miał i to straszną, ale bał się, że kiedy tylko przysunie się bardziej, każdy domyśli się tego, co się między nimi dzieje. Miał wrażenie, że wszyscy zwracają na nich większą uwagę niż zazwyczaj.
Naprzeciwko usiadł Tadek z Erykiem. Obaj, odkąd weszli do autobusu, żywo o czymś dyskutowali, wyglądało to tak, jakby zaraz mieli się pokłócić. Poza tym popijali coś na zmianę z butelki. Niby, sądząc po etykiecie, zwykły sok, ale kto krzywi się po przełknięciu łyku soku?
Rozejrzał się. Inni mieli chyba dość alkoholu, bo wcześniej, w hotelowym holu, zrobiła się naprawdę spora kolejka po kawę. Jakoś trzeba ogarnąć się po dwudniowej popijawie i wrócić do rzeczywistości. Jutro poniedziałek, normalny dzień pracy.
– Kurwa, przegrali! – wrzasnął w pewnym momencie Eryk, sprawdzając coś w swoim telefonie.
– Mówiłem ci! Obstawiasz albo remisy w kosza, albo w hokeja. – Tadek, który zerknął mu przez ramię, pokręcił nosem. On, o czym wiedzieli wszyscy w szkole, ciągle inwestował coś w zakładach bukmacherskich. Kiedyś nawet udało mu się wygrać kilka tysięcy. Zasada była prosta. Zastawiasz małe pieniądze na coś, co jest mało prawdopodobne. W piłce nożnej nic nie było pewne, no chyba że przegrana San Marino, dlatego tłumaczył już wcześniej Erykowi, że na tym nie zarobi. Za to remisy w koszykówce były tak rzadkie, że było duże przebicie wygranej, a w hokeju tak częste, że można było obstawiać na chybił trafił.
– Nie znam się na hokeju, nawet nie umiem jeździć na łyżwach – burknął Eryk. Chyba przegrał sporą kwotę, bo wyglądał na bardzo złego.
– Poproś Wojtka, może da ci kilka lekcji – stwierdził zgryźliwie Dominik, rzucając spojrzenie na papierową torbę. Sam nie wiedział dlaczego, ale ten prezent od Alana ciągle go drażnił. – Ostatnio radził sobie całkiem nieźle z zabawami na lodzie. Choć to był jego pierwszy raz i trochę poobijał sobie tyłek... – dodał znacząco.
– Możesz się zamknąć? – warknął Wojtek. Dominik był po prostu niemożliwy. Po co on się w ogóle odzywał. I to jeszcze w taki sposób.
– Naprawdę? – zainteresował się Tadek.
– Trochę jeszcze brakuje mu techniki w trzymaniu kija i w ogóle nie ma pojęcia o szarżowaniu, ale się nauczy. – Dominik dyskretnie mrugnął do Wojtka. Uśmiechnął się lekko, odnosząc wrażenie, jakby ten znowu miał ochotę mu przywalić. Och, jak on uwielbiał go prowokować.
– Odezwał się mistrz – burknął Wojtek i odwrócił się w jego stronę. Poczerwieniał lekko na twarzy, a jego niebieskie oczy wyrażały chęć mordu.
– Mistrz, nie mistrz – Dominik wzruszył ramionami, ale w jego spojrzeniu dało się dostrzec iskierkę przekory – musisz przyznać, że wszystkie moje strzały były celne... – Uniósł kąciki ust, widząc, jak ten chyba całą swoją siłą woli stara się utrzymać nerwy na wodzy. Tak, jego naprawdę łatwo było sprowokować. Na pewno w przyszłości nie omieszka tego wykorzystywać.
– Idiota! – warknął Wojtek, powstrzymując jednak swoją złość i zaciskając ręce w pięści. Dobrze wiedział, do czego on pije.
– Przecież Dominik to nasz casanova, jak miałby nie trafiać – zażartował Tadek, czym spowodował ogólny wybuch śmiechu, bo ta niby-kłótnia już wcześniej wzbudziła zainteresowanie prawie wszystkich w autobusie. – Po szkole krąży legenda, że żadna nie narzekała...
– Tak, a Wojtek to taka cicha woda – podłapał Eryk. – No powiedz, Wojtuś, wyrwałeś kogoś, że cię nigdzie z nami nie było? – roześmiał się.
– Eh, ja też bym niejedną teraz wyrwał, ale moja Teresa to mnie czasami tak wymęczy... – westchnął Tadek, trochę podkoloryzowując rzeczywistość. Bo o ile Teresa, jego żona, owszem, potrafiła go wymęczyć, to zazwyczaj wiercąc mu dziurę w brzuchu, że znowu gdzieś wyszedł z kumplami na piwo. Ale cóż. Żona to żona. Jest, jaka jest. Zresztą, za jego czasów to wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Nie było telefonów komórkowych, maili, jedynie listy można było pisać, a znając rzetelność poczty polskiej, do adresatki dochodził tak średnio co drugi. Ciężko było romansować z kilkoma naraz. Nie to co dzisiaj... Smartfony, Facebooki i inne wynalazki. Machnął ręką. – Eryk, daj soczek. Zaschło mi w gardle.
Odkąd autokar ruszył, Wojtek w ogóle się do nie odzywał. Eryk trafił w sedno. Tak, wyrwał kogoś. I ten ktoś siedział obok.
W pewnym momencie chwycił swoją kurtkę i się nią przykrył, bo zaczynało mu się robić trochę chłodno od włączonej klimatyzacji. Cały czas też pilnował, żeby trzymać odpowiedni dystans od Dominika. I tak zwrócili na siebie już za dużą uwagę. Poza tym te jego podteksty seksualne z hokejem. Jasne, były zrozumiałe tylko dla nich obu, ale mimo wszystko...
– Zaraz spadniesz z tego fotela – zirytował się w końcu Dominik, gdy Wojtek odsunął się jeszcze trochę. – Siadaj normalnie – syknął mu do ucha.
– Odwal się. Przez ciebie mam wrażenie, że wszyscy się na nas gapią – mruknął Wojtek. Eryk, gadając o tym wyrywaniu, nieświadomie poruszył niebezpieczny temat. Bo co, jak ktoś zacznie się nad tym zastanawiać i dojdzie do wniosku, że skoro obaj nie mają dziewczyn, ba!, nawet się z nikim nie umawiają, a w piątek jeszcze zniknęli w tym samym czasie z pubu... Nie, dobra, to bzdura. Co jednak nie zmieniało faktu, że nie mógł oprzeć się temu dziwnemu wrażeniu...
– Nikt się nie gapi, ale zaraz pewnie ktoś zacznie, jak nie przestaniesz się wiercić – westchnął Dominik i pociągnął go, przesuwając tak, że teraz stykali się udami. Co było tak naprawdę naturalne, biorąc pod uwagę dość wąskie autokarowe fotele. Cóż, taki urok środków komunikacji publicznej. Ile już razy jakaś gruba baba wciskała go praktycznie w szybę, kiedy jako nastolatek jeździł do szkoły. Nienawidził tego. Ale tym razem obok nie siedziała żadna baba, tylko Wojtek. Który zdecydowanie musiał wyluzować. Inaczej co będzie w szkole? Owszem, Dominik zdawał sobie sprawę z tego, że będą musieli się kryć, ale akurat on sam już dawno nauczył się maskować swoją orientację. Nie miał innego wyjścia, dorastając wśród piłkarzy. I też na początku było dziwnie. Choć nie, nie dziwnie. Było okropnie. Strasznie. Bał się jak cholera, że gdy powie coś nie tak, za długo zawiesi wzrok na którymś z rozbierających się kolegów, zaraz ktoś się zorientuje. Dopiero z czasem zrozumiał, że patrzyli na niego zdziwieni raczej w sytuacjach, gdy za bardzo próbował się kontrolować. Gdy przebierał się, jakby go ktoś gonił i rzucając tylko krótkie „cześć", wybiegał z szatni. Albo gdy pod prysznicami uciekał gdzieś wzrokiem, zamiast jak inni żartować i komentować spadające mydło. Jasne, to wszystko wymagało pewnego przełamania się, ale w końcu doszedł z tym do ładu.
Teraz, widząc przykrytego kurtką Wojtka, coś mu przyszło do głowy. Uśmiechnął się chytrze. Ciekawe, jak ten zareaguje, gdy odrobinę się z nim podrażni. Był cholernie ciekaw jego miny. Przysunął się bliżej i wsuwając dłoń pod ortalionowy materiał, położył ją mu na udzie. Doskonale wiedział, że nikt nie mógł tego zobaczyć, kurtka była dość gruba i wszystko zakrywała.
– Co ty wyprawiasz? – Wojtek niemal podskoczył i odwrócił się w jego stronę, rozszerzając oczy ze zdumienia. Po chwili rozejrzał się spanikowany, ale nikt najwyraźniej nie zwrócił na nich uwagi. Tadek chyba zasnął, a Eryk wpatrywał się tylko w wyświetlacz telefonu, mamrocząc coś do siebie. Wojtek poczuł, że ręka na udzie zaczęła sunąć niespiesznie w górę i aż dostał gęsiej skórki. Nie, żeby to nie było przyjemne, ale, do cholery, to był autokar pełen ludzi!
– Seks w miejscu publicznym jest najbardziej podniecający – usłyszał szept przy uchu i zrobiło mu się gorąco. Czy ten Dominik zwariował? A jakby ktoś go usłyszał? Było to mało prawdopodobne, ale co, jeżeli jednak tak by się stało? Będzie musiał sobie z nim porozmawiać! Jak tylko zabierze tę rękę. Jak tylko...
– Ty kretynie – syknął, gdy poczuł na rozporku palce, które po chwili zaczęły go lekko masować. I ściskać. Co on wyprawiał? Wojtek mimowolnie przypomniał sobie twarz Dominika, gdy ten robił mu loda. Rozwichrzone lekko włosy, zmrużone czarne oczy, patrzące na niego jakby z wyzwaniem, wargi i język przesuwające się wzdłuż... O kurwa. Poczuł dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa, a serce zaczęło mu walić jak młotem. Błyskawicznie chwycił jego rękę i odsunął ją od siebie. Miał ochotę zrzucić kurtkę, bo zrobiło mu się naprawdę za gorąco, ale obawiał się, że nawet przez dżinsy będzie widać, jak bardzo się podniecił. Ten cholerny Dominik znów to zrobił. Powinno się go za to wytarzać w smole i pierzu. To naprawdę był jakiś diabeł wcielony. – A idź w cholerę! – warknął, znowu się odsuwając.
Reszta podróży minęła w miarę znośnie. Kiedy Wojtek w końcu się uspokoił, zdjął z kolan kurtkę i powiesił ją za kaptur na siedzeniu. I choć w pewnym momencie znów zrobiło mu się nieco chłodno, bo ktoś najwyraźniej ustawił za niską temperaturę klimatyzacji, zignorował to. Dominik był nieprzewidywalny, nie miał pojęcia, co mogło znów mu strzelić do głowy. Odwrócił się do niego plecami i oparł głowę o zagłówek. Chciał się chwilę przespać. Choć pewnie będzie ciężko, bo Tadek zaczął głośno chrapać. Po chwili usłyszał też dźwięk przychodzącej wiadomości i wyjął z kieszeni telefon. Mimowolnie parsknął śmiechem i pokręcił głową z niedowierzaniem, odczytując sms-a z propozycją szybkiego numerku w toalecie na najbliższym postoju. Nie, naprawdę, on był nienormalny. Uśmiechnął się sam do siebie i zerknął przez ramię na Dominika, ale ten miał zamknięte oczy i udawał, że śpi, choć zdradzały go uniesione lekko kąciki ust. Głupek. Zresztą, bardzo dobrze. Lepiej, żeby trzymał ręce przy sobie, bo już sam widok i zapach tego drania go nakręcał, ale ktoś tutaj musiał być odpowiedzialny. A na niego nie miał co liczyć.
Dotarli na miejsce, gdy dochodziła już prawie szesnasta i zaczynało robić się szarawo. Autokar zatrzymał się na parkingu szkolnym, na którym już czekały jakieś osoby. Zauważył między innymi męża Dorotki, opartego o samochód i żonę Tadka. Oj, ta pewnie da mu popalić, jak tylko chuchnie w jej stronę. Już raz widział, jak okładała go siatką z zakupami. Było jeszcze kilka innych osób, ale raczej ich nie znał.
Wojtek wypakował swoje rzeczy, pożegnał się krótko z Leną, która cmoknęła go tylko w policzek i pobiegła dalej, bo miała już zamówioną taksówkę. Spojrzał na Dominika. Przed chwilą odszedł na bok i rozmawiał o czymś z Dorotką. Ona chyba ciągle męczyła o to zaświadczenie z punktu medycznego. Jakby nie patrzeć, była organizatorem wycieczki i musiała wrzucić to później do dokumentacji. Zwłaszcza, że Dominik na pewno przez kilka następnych dni będzie nieobecny. Był coraz bardziej spuchnięty i naprawdę wyglądał, jakby ktoś go pobił.
Rozejrzał się dookoła. Ich szkoła była o tej porze pusta. Nie to, co rzęsiście oświetlony budynek liceum po drugiej stronie ulicy, który, mimo że był już niedzielny wieczór, cały czas pozostawał otwarty. Zawsze w weekendy mieli tu zajęcia uczniowie kilku kierunków zaocznych, poza tym działały jakieś kółka artystyczne. O, i Uniwersytet Trzeciego Wieku – przypomniał sobie, widząc na ławce kilka staruszek.
Ludzie powoli się rozchodzili do samochodów, a Wojtek zastanawiał się, co w tej sytuacji zrobić. Jasne, mógł zamówić taksówkę, pójść na przystanek autobusowy, nawet zadzwonić po Michała, choć auto nie przeszło jeszcze przeglądu, jednak jak miał to wszystko zostawić, ot tak, nie zamieniając nawet słowa z Dominikiem? Odetchnął głęboko. Było... dziwnie. Wrócili do domu, do szkoły. I co teraz? Jak dalej będą wyglądały ich relacje? Kopnął butem jakiś kamień. Zaczynał się niecierpliwić. Czy oni musieli tak długo gadać?
W końcu zauważył, że Dorotka macha ręką i idzie w kierunku swojego męża, który też wydawał się już znudzony czekaniem, a Dominik zarzuca sobie na ramię torbę i rozgląda się dookoła. Po chwili go zauważył i ruszył w jego stronę.
– Myślałem, że już poszedłeś – uśmiechnął się, widząc jego zmarszczone brwi.
– Powinienem – westchnął Wojtek. – Dłużej się nie dało?
Zostali na parkingu sami, bo autokar też już odjechał. Zaczynało się robić coraz ciemniej. Nawet babcie z ławki przy liceum sobie poszły.
– A co, jesteś zazdrosny? – Dominik przekrzywił lekko głowę i podszedł krok bliżej. –Tak jak o Anitę? Wiesz, wtedy, w pubie...
Wojtek instynktownie się cofnął.
– Co? Jasne, że nie... Nie wiem, skąd ci przyszło do głowy to z tą Anitą – zaprotestował. Za szybko, zbyt nerwowo i zbyt gwałtownie, żeby ktokolwiek mógł się na to nabrać. Bo przecież prawda była taka, że owszem, był wtedy zazdrosny jak cholera. – Ty masz chyba naprawdę zbyt duże mniemanie o sobie – burknął.
– Nie. Za to mam oczy. Widziałem, jak co chwilę na nas zerkałeś. Byłeś tak uroczo wkurwiony...
– Zaraz! Czekaj! Ty... Ty zrobiłeś to specjalnie? – Wojtek otworzył szeroko oczy ze zdumienia, jakby dopiero teraz sobie coś uświadomił. No jasne! Ależ był tępy. Nagle wszystko zaczęło układać się w całość. Przecież tamtego wieczora Dominik zawsze był w zasięgu jego wzroku, potem tak po prostu spławił Anitę, a następny dzień kompletnie się nią nie interesował. – Chciałeś mnie sprowokować.
– Może... – Dominik uniósł kąciki ust, patrząc na Wojtka w sposób, który zawsze tak go denerwował. Cóż, będzie musiał się przyzwyczaić. Czy mu się to będzie podobało, czy też nie. – Chcesz wpaść do mnie? Weekend jeszcze się nie skończył... – zaproponował sugestywnie. Wiedział, że musi jeszcze załatwić sobie od jakiegoś lekarza L4, ale w sumie może to zrobić jutro.
– Nie mam czasu – mruknął Wojtek. Musiał wrócić do domu i zobaczyć co z mamą. Co prawda, gdy do niej dzwonił, zapewniała, że wszystko jest w porządku, ale twierdziła też, że Michał zrobił jej śniadanie, a w to absolutnie nie uwierzył. On miał, jeżeli chodzi o kuchnię, dwie lewe ręce. Poza tym... Co to miało, do cholery, znaczyć, że może wpaść, bo weekend jeszcze się nie skończył? A jak się skończy to co? Idiota. Znowu musiał dorzucić coś, żeby go zirytować. Ale tym razem nie chciało mu się już tego komentować. Był naprawdę zmęczony. – Dzwonię po taksówkę. Tobie też zamówić?
– A w którą stronę jedziesz? Do centrum?
– Nie, na Domków. To zamawiam dwie.
Wojtek wybrał numer i po chwili rozmowy z miłą, przynajmniej z głosu, młoda panią, podał adres szkoły.
Na taksówki czekali zaledwie kilka minut. Była niedziela, mały ruch na drogach. W tym czasie obaj stali oparci o płot, a Wojtek co chwilę zerkał na Dominika, kiedy sądził, że ten nie patrzy. Gdy w końcu dał się na tym złapać, uśmiechnął się tylko. Cholera, miał ochotę na więcej, jednak nic z tego, byli na terenie szkoły.
– To co? Do zobaczenia... w szkole? – zapytał, kiedy zobaczył na ulicy dwa samochody z oznaczeniami firmy taksówkarskiej.
– W szkole też – uśmiechnął się Dominik, widząc, jak czarna Toyota i czerwony Mercedes wjeżdżają na parking. Podniósł swoją torbę. – A, widzisz, zapomniałbym. Kup sobie w aptece... – nachylił się i szepnął Wojtkowi do ucha jakąś nazwę. Uśmiechnął się przy tym znacząco, otwierając drzwi Toyoty.
– Re... co? Dominik? – spytał, ale ten już siedział w samochodzie.
Wzruszył ramionami i wsiadł do Mercedesa. Wyszuka to „re" coś tam w internecie.
*
– Mamo, już jestem! – krzyknął Wojtek, kiedy tylko otworzył drzwi i wszedł do domu. Położył klucze na szafce i zdjął kurtkę. – Mamo? – zapytał, zaglądając najpierw do kuchni, a potem do salonu.
Zauważył, że jego rodzicielka zasnęła z pilotem w ręku, pewnie oglądając jakiś swój serial. Zabrał pilota i wyłączył telewizor. Po chwili przykrył matkę kocem i wychodząc, zamknął drzwi.
Wszedł na górę najciszej jak się dało. Te schody zawsze strasznie skrzypiały, a on nie chciał jej obudzić.
Będąc już w swoim pokoju, rzucił na podłogę podróżną torbę, a obok postawił tę z łyżwami. Widząc je, uświadomił sobie, że nawet nie pożegnał się z Alanem. Ale... Po prostu po tym, co się stało z Dominikiem, miał jakieś zaćmienie mózgu. Nie pomyślał o wielu rzeczach. Nawet zapomniał mamie wysłać sms-a, o której wraca. Cholera, jak to wszystko się ułożyło. Jego do niedawna wróg numer jeden stał się kimś, w kim po prostu się zadurzył. Kimś, kto z dnia na dzień podobał mu się coraz bardziej i przy kim kompletnie tracił głowę. A to przecież nie było zupełnie w jego stylu. A przynajmniej do tej pory.
Westchnął i zaczął się rozpakowywać. Niektóre rzeczy do prania, inne do szafy...
– Gdzie ta koszula? – mruknął zniecierpliwiony, gdy drugi raz przetrząsnął powykładane na łóżko rzeczy. Zostawił w hotelu? Nie, raczej nie, przecież sprawdzał kilka razy, zanim wyszedł z pokoju. Rozejrzał się i dopiero po chwili zorientował się, że już ją powiesił na wieszaku. Cholera. Musiał przestać myśleć o niebieskich migdałach.
Przeklął pod nosem i usiadł na łóżku i otwierając laptopa. Po chwili wyświetlił się ekran główny i ostrzeżenie o jakimś wirusie, ale machinalnie kliknął „zignoruj". Te ostatnie dni, a zwłaszcza wczorajsza noc i dzisiejszy poranek, sprawiły, że teraz miał jakieś takie uczucie braku. Zawsze tak było, kiedy po czymś, co sprawiało mu przyjemność, wracał do szarej rzeczywistości.
Pamiętał, kiedy miał osiem lat i poszedł z kolegami na konwent w ich mieście. Był wtedy wręcz zafascynowany tymi wszystkimi poprzebieranymi ludźmi. Postaci z gier, anime, filmów... A kiedy wrócił do domu czekała na niego mama i zadania z matematyki do odrobienia. Co za nuda...
Teraz, jasne, sytuacja była zupełnie inna, ale... Kiedy dzisiaj rano w hotelu obudził się w ramionach Dominika, mimo początkowego zdezorientowania, zaczął się uśmiechać sam do siebie. Bo przecież po tym, jak się kochali, on równie dobrze mógł go wyrzucić z pokoju. Albo choć delikatnie zasugerować, żeby zmiatał do siebie. Mógł zrobić cokolwiek. Ale nie zrobił. I mimo że spało się trochę niewygodnie, to jednak był naprawdę zadowolony, że tam został. Czuł, że to coś znaczy. Okej, dobra, może trochę za bardzo się nakręcił, w końcu Dominik nie raz i nie dwa dogryzał mu, że jest naiwny, ale miał wrażenie, że dla niego to też było coś więcej niż tylko przelotna weekendowa przygoda. Inaczej przecież nie pytałby z taką złością o Alana i łyżwy. Wojtek uśmiechnął się szerzej na wspomnienie tamtej sytuacji. Dominik wtedy wydawał się być tak zazdrosny...
Usłyszał irytujący dźwięk i znów zwrócił wzrok na komputer. Jakieś powiadomienie z Facebooka. Kiedyś w ogóle nie lubił tego typu portali, ale obecnie były raczej niezbędne, żeby utrzymać dawne znajomości. Zobaczył jedną wiadomość i kliknął, żeby sprawdzić, od kogo. Alan Sawicki. Uśmiechnął się i bez zastanowienia zaakceptował zaproszenie. Już po chwili ikonka czatu zaczęła znów migać.
„Masz chwilę?"– odczytał wiadomość w małym okienku.
Już miał odpisać, gdy rozległ się dźwięk przychodzącego sms-a. Chwycił komórkę i odblokowując ekran, spojrzał na wyświetlacz. Dominik. Kliknął ikonkę koperty.
„Rectostop. Radze kupić też trochę na zapas" – przeczytał.
Co? A, tak, to ta nazwa. Szybko wpisał ją w przeglądarkę. Nie miał pojęcia, o co Dominikowi chodzi, ale... już po chwili się dowiedział. Aż się zapowietrzył. A niech go szlag! Już on da mu zapas!
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen247.Pro