Chào các bạn! Vì nhiều lý do từ nay Truyen2U chính thức đổi tên là Truyen247.Pro. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền mới này nhé! Mãi yêu... ♥

Rozdział 26. Światło w ciemności

To był chaos. Jeden wielki zamęt rozpętany na terenie ciągnącym się wiele kilometrów kwadratowych w każdą stronę. Zewsząd unosiły się kłęby dymu, a wybuchy co chwila wstrząsały okolicą. Najsilniejsze musiały pochodzić z epicentrum walk, do którego szybko zmierzała Izusu.

Wiedziała, że to szaleństwo, nie powinna pchać się w sam środek skrajnego niebezpieczeństwa. Już teraz z trudem orientowała się w sytuacji, a mimo to biegła przed siebie, łapiąc coraz cięższe wdechy do płuc.

Biegła w obawie, że mogło być zwyczajnie za późno.

Najczarniejsze wizje cyklicznie zalewały jej umysł, a chwytający za serce strach przypominał momenty, w których nie zdążyła na czas. Zarówno babcia Moo, jak i Itachi nie zasługiwali na śmierć i gdyby Izusu przybyła odrobinę szybciej...

Dość!

W ostatniej sekundzie przeskoczyła nad bezwładnie leżącymi zwłokami. Musiała się skupić, inaczej skończy jak ten biedak, przez którego o mało nie skręciła kostki. Zatrzymała się.

Niebo przykryły czarne chmury, a po chwili wezbrał się porywisty wiatr. Uderzył tak nagle, że Izusu zachwiała się na nogach. Zasłoniła twarz ramionami, lecz to nic nie dało. Drobinki piachu wpadły do jej oczu, wywołując łzy.

Choć wciąż znajdowała się daleko, wyraźnie odczuwała skutki toczącej się bitwy. Nieprawdopodobnie potężna chakra szalała w powietrzu. Mieszała się ze źródłami innych energii, wzrastała i opadała, toczyła bój wszechczasów.

Gdy wiatr ustał, Izusu przykucnęła i wyciszyła wszystkie zmysły. Podejrzewała, że shinobi walczyli na wielu frontach. Pogrupowani w zależności od umiejętności i doświadczenia, musieli atakować wroga od każdej strony. Jeżeli chciała odnaleźć Kakashiego, nie mogła biec na ślepo.

Strach opuścił jej szybko bijące serce. Izusu głęboko wierzyła, że Hatake nie zginął. Był gdzieś tutaj. Dzielnie stawiał opór, broniąc świata, od którego o mało nie odwróciła się plecami.

Tak niewiele brakowało...

Zawiązała kilka szybkich pieczęci. Nici chakry natychmiast pognały w otwarty teren. Zarzucona sieć zastąpiła wszystkie zmysły, dokładnie badała każdy skrawek przesiąkniętej krwią ziemi. Izusu wyczuwała strach i zdenerwowanie najbliżej znajdujących się niej shinobi. Im dalej sięgała technika, tym te emocje stawały się cięższe. Tysiące serc biło w przyspieszonym tempie, jednak żadne nie należało do niego.

Uspokoiła zniecierpliwione myśli, docierając zmysłami do centrum bitwy. To tam znajdował się wróg, tam też zlokalizowała kilka znanych jej osób. Niemal się uśmiechnęła, gdy nicie musnęły płomienną energię Guya. Skoro jej dawny mistrz tam był, być może Kakashi...?

Drgnęła zaskoczona, wychwytując znajomą, mroczną chakrę. Dreszcz przebiegł jej po plecach, gdy rozpoznała źródło tej potężnej mocy. Czuła ją bardzo wyraźnie, jak gdyby żądny zemsty Sharingan znów patrzył na nią z góry.

Co tu robisz, Sasuke?

Zacisnęła powieki, odsuwając zbędne myśli na bok. Technika miała limit czasowy. Izusu musiała działać szybko, jeśli chciała znaleźć...

Serce podskoczyło jej do gardła.

Był tam! Znalazła go!

Dzieliły ich jakieś dwa kilometry w linii prostej. Izusu odetchnęła z ulgą, lecz po chwili samoistnie napięła mięśnie. Kakashi miał kłopoty. Dyszał ciężko, a jego chakra sięgała niebezpiecznie niskiego poziomu. Hatake z pewnością walczył na wojnie od samego początku, ale stan, w jakim się teraz znajdował, świadczył, że musiał stoczyć nieprawdopodobnie ciężką bitwę.

Izusu zerwała się z miejsca tak szybko, że na ułamek sekundy zakręciło jej się w głowie. Przyspieszając, wyliczała czas potrzebny na dotarcie do celu. Kilkanaście kroków dalej przechwyciła wbitą w ziemię katanę.

Mknęła przed siebie, dostrzegając na horyzoncie monstrualne sylwetki czegoś, czego nie była w stanie rozpoznać. Niedługo później napotkała pierwszy oddział shinobi. Stał on w osłupieniu, wskazując palcami w stronę bitwy. Przesiane strachem szepty wspominały o ogoniastych bestiach, Madarze i nadchodzącym końcu. Nikt nie zwrócił szczególnej uwagi na dodatkowego gościa, który nieco wyróżniał się z tłumu.

Izusu jako jedyna nie roztaczała wokół siebie powłoki z czerwonej chakry. Energia ta emanowała niezwykle ciepłą i przyjazną aurą, zdawała się również regenerować siły. Zarówno najbardziej oddalone oddziały, jak i te bliżej głównego frontu, posiadały tę samą umiejętność. Izusu przemknęło przez myśl, że może to zaawansowana, medyczna technika Piątej Hokage, ale czy Tsunade posiadała takie ilości chakry?

Nie zastanawiała się nad tym zbyt długo. Wskoczyła na wyłożoną popękanymi głazami ziemię. Ktoś krzyknął za nią, gdy pomknęła w stronę bitwy. Nie obejrzała się nawet na krótką chwilę.

Była już tak blisko.

Zgrabnie wymijała największe skupiska walczących shinobi, nie dając komukolwiek szansy na rozpoznanie jej tożsamości. Pojawiała się i znikała, wykorzystując sprzyjający ukryciu chaos. W ferworze walki stała się niemal nieuchwytna dla oka. Niestety, po zjechaniu ze zbocza ogromnego krateru, napotkała ostatnią przeszkodę – shinobi Liścia.

Niczym zapora przed szybko bijącym sercem wojny, stali w gotowości, wyczekując rozwoju sytuacji. Izusu rozejrzała się niecierpliwie. Kakashi znajdował się po drugiej stronie rozproszonego na zbyt rozległym terenie oddziału. Wszyscy wpatrywali się w stronę wzniesionego do czerwonego księżyca, monumentalnego drzewa.

Uchiha zacisnęła dłonie w pięści. Mogła zaryzykować drogą na skróty, ale jeśli ktoś ją rozpozna, zostanie zatrzymana albo – co gorsza – zaatakowana. Przygryzła nerwowo wargę.

Co robić? Co robić, do cholery?

Zanim zdecydowała, potężny wybuch wstrząsnął ziemią. Jego źródło miało miejsce gdzieś niedaleko. Ryk bestii rozdarł ciszę, zaraz po nim wrzaski rannych obiegły okolicę. Shinobi przegrupowali siły. Piach i gruz wzbiły się ku niebu, tworząc zasłonę dymną.

Znów rozpętał się chaos.

Izusu natychmiast wyczuła okazję. Ruszyła przed siebie, skupiona wyłącznie na dotarciu do celu. Minęła pojedyncze osoby, nie patrząc nikomu w oczy, następnie wskoczyła na wysunięty w stronę nieba głaz i odbiła się od jego krawędzi. Gdy opadła miękko na ziemię, shinobi znajdowali się za jej plecami.

Nie zwolniła tempa. Biegła, jak gdyby od tego zależało jej życie. Biegła, gotowa stoczyć każdą bitwę, aby tylko go zobaczyć.

*

Kakashi zakasłał w otwartą dłoń. Walka z Obito wymęczyła go nie tylko na tle fizycznym, ale również na tle psychicznym. Wędrówka w głąb siebie, w głąb niszczącej od lat przeszłości, nigdy nie bolała, tak jak teraz. Rozszarpane, prawie zagojone rany piekły żywym ogniem i choć Hatake wiedział, co należało zrobić, w sercu toczył wewnętrzny bój.

Adrenalina powoli opadała, a on zaczynał odczuwać skutki intensywnego wysiłku. Naciągnięty mięsień w lewej nodze uniemożliwiał wstanie z klęczek, poobijane kości przyprawiały o zawrót głowy, a złamane żebra spłycały oddech. Kakashi uniósł nieznacznie wzrok w poszukiwaniu jakiegokolwiek medyka, ale jedyne, co ujrzał to rozmazane kształty.

Nagle coś otarło się o jego zmysł shinobi. Wyczuł czyjąś obecność, jednak zanim zdążył zareagować, ciepło rozlało się pod jego skórą. Obce, zimne dłonie oparte o jego plecy wlewały w wymęczone ciało duże ilości chakry. Instynkt natychmiast rozpoznał coś dziwnego, lecz umysł skupił się wyłącznie na wszechogarniającym poczuciu ulgi.

Kakashi wziął głęboki oddech, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że medyk zrobił więcej, niż wymagały ogólne zasady pierwszej pomocy.

– Dziękuję – mruknął zachrypniętym głosem.

– Nie ma za co, Kakashi.

Adrenalina znów podskoczyła. Serce szarpnęło jego piersią, a fala gorąca przeszyła zdrętwiałe ciało.

Ten głos... rozpoznałby go na końcu świata. Tylko jedna osoba tak miękko wymawiała jego imię. Odwrócił się, zanim cały szereg wątpliwości uderzył w jego umysł.

I wtedy ją zobaczył.

Szeroko rozwartymi oczami patrzył w twarz kobiety, którą uważał za martwą. Patrzył, nie mogąc zrobić nic więcej. Niczym zamknięty w pułapce czasu, niczym zamrożony w tej jednej chwili, przyglądał się, jak w ogarniającej go ciemności rozbłysło światło.

Dla Kakashiego świat przestał istnieć. Nie słyszał już odgłosów toczącej się nieopodal bitwy; nie widział, jak kolejni shinobi umierali w walce z wrogiem. Widział tylko Izusu – jej niepewny uśmiech, potargane włosy i duże, błękitne oczy, których wspomnienie zatrzymał głęboko w sercu.

Żadna siła nie była w stanie wyrwać go z tej hipnozy; z chwili, w której powoli docierało do niego, że ona żyła.

Izusu... żyła. Miał ją na wyciągnięcie ręki. Wzrokiem badał każdy milimetr jej ciała, podświadomie doszukując się cienia oszustwa. Obserwował, jak podniosła się z ziemi. Zrobił to samo, wpatrzony w jej twarz, niczym w najpiękniejszy obrazek.

Chyba coś powiedziała, gdyż jej wargi poruszyły się na krótką chwilę. Kakashi nie potrafił jednak wychwycić żadnego słowa. Jedyne, co słyszał to własny, ciężki oddech, gdy pierwsza wątpliwość przecisnęła się przez ogarnięty szokiem umysł.

To mogło być genjutsu.

Wyciągając dłoń w jej stronę, błagał, aby nie rozpłynęła się pod jego dotykiem. Tak bardzo chciał poczuć jej ciepło jeszcze raz. Tak bardzo pragnął, aby Izusu okazała się prawdziwa.

Jego palce zadrżały, gdy niczym porcelanową lalkę, musnął jej policzka. Ujął w dłoń delikatnie zarumienioną twarz. Drugą ręką zrobił to samo. Dopiero gdy poczuł na kciukach jej ciepłe łzy, wydusił z siebie:

– Proszę... powiedz, że ja nie śnię. Powiedz, że to prawda.

Jego ciałem wstrząsnął dreszcz, kiedy Izusu opuściła nieco podbródek, przymykając powieki. Serce kołatało mu w piersi, a niepewność rozsadzała głowę. Jeśli to wszystko okaże się kłamstwem... Jeśli straci ją kolejny raz... nie przeżyje tego.

– To prawda, żyję, ale... – Pociągnęła nosem, łapiąc przerywany oddech. – Jest mi tak strasznie głupio... Przepraszam... Tak bardzo cię przepraszam, Kakashi. Okłamałam cię, zraniłam... Nie chciałam... Ja... – Uniosła przeszklone oczy. – Nigdy o tobie nie zapomniałam, nigdy...

Nie potrzebował ani słowa więcej. Natychmiast przyciągnął ją do siebie, zamykając w pełnym tęsknoty uścisku. Izusu zrobiła to samo, obejmując go w pasie i chowając twarz w zgięciu jego szyi.

Płakał, oboje płakali. Oboje skrycie pragnęli znów znaleźć się w swoich ramionach, poczuć to ciepło i zrozumienie, którego świat im poskąpił.

Potrzebowali tego, potrzebowali siebie.

Te kilka lat temu nie zdawali sobie sprawy jak bardzo. Cienka nić porozumienia, która niegdyś ich połączyła, naprężała się wielokrotnie, ale nigdy nie została zerwana. Wręcz przeciwnie – przyciągała ich serca niczym magnez, ostatecznie burząc wszystkie postawione bariery.

Szloch targnął ciałem Izusu. Kakashi instynktownie chciał ją uspokoić, ale jak miał to zrobić, gdy sam trząsł się z emocji? Przycisnął ją jeszcze mocniej i drżącym głosem, wyznał:

– Myślałem, że cię straciłem. Nie chciałem... Nie umiałem się z tym pogodzić. Cholera, to jakiś cud... – zaśmiał się przez łzy. – Izusu... Co się z tobą działo? Czemu wcześniej nie wróciłaś?

Przestała się trząść dopiero po dłuższej chwili. Wtedy też nabrała powietrza do płuc i powiedziała spokojnie:

– To długa historia... Potrzebuję do niej butelki sake. Napiłbyś się ze mną?

– Chętnie – odpowiedział, nie mogąc powstrzymać pierwszego od wielu miesięcy, szczerego uśmiechu.

To było coś więcej niż ulga, coś więcej, niż radość z odzyskania czegoś niezwykle cennego. Dla Kakashiego szara rzeczywistość odeszła w zapomnienie. Zniknęła, zastąpiona całą paletą ciepłych barw. Tylko Izusu wlewała w jego życie tyle kolorów. Tylko w najpiękniejszych snach znów był tak blisko niej – rozmawiał z nią i chował twarz w jej włosach, zaciągając się rozkosznym zapachem kwiatu wiśni.

Świadomość, że to wszystko działo się naprawdę, wypełniała jego duszę nieprawdopodobnym szczęściem.

Nawet gdyby chciał, nie potrafił skierować myśli w inne miejsce. Mogło się teraz dziać cokolwiek, świat mógł walić im się na głowę. Nie interesowało go to. Wszystko na czym mu zależało, trzymał w swych ramionach i nie zamierzał puścić.

– Nie odchodź już nigdy więcej... proszę – szepnął jej do ucha.

Uchiha odsunęła się na krok i uniosła zaczerwienione oczy. Wystarczyło jedno spojrzenie i Kakashi znał już odpowiedź. Mimo to, chciał ją usłyszeć. Chciał mieć pewność, że Izusu nie wróciła do jego życia tylko na chwilę.

– Nie zamierzam.

Znów patrzył na nią, jak zahipnotyzowany. Niech to, już prawie zapomniał, jaka była piękna. Błękitne oczy odzyskały blask, który niegdyś pokochał, a policzki nabrały delikatnych rumieńców. Zgarnął z nich przyklejone kosmyki jasnych włosów, uważnie obserwując jej reakcję. Uśmiechnęła się, a cienka struna w jego sercu zagrała przyjemną melodię.

Nikt nie wywoływał w nim takich emocji, jak ona.

W tej jednej chwili miał najszczerszą ochotę powiedzieć wszystko – wyznać swoje uczucia oraz tęsknotę, z którą mierzył się od chwili, gdy ją stracił. Już otwierał usta, gdy coś mu brutalnie przerwało. Świat przypomniał o swoim istnieniu. Wyrwał ich z chwili zapomnienia jednym, potężnym hukiem.

Rozpędzony podmuch uderzył w nich bez ostrzeżenia. Wymieszany z piachem i kurzem, ograniczał widoczność. Kakashi zasłonił Izusu swoim ciałem, ale niebezpieczeństwo dopiero nadciągało. Szybko i ze wszystkich stron.

Głośny ryk dobiegł ich chwilę przed uderzeniem. Izusu usłyszała krzyk składający się na jej imię. W następnej chwili została pochwycona w silne ramiona. Wszystko działo się na tyle szybko, że zdążyła jedynie zamknąć oczy.

– Jesteś cała?

Zagrożenie minęło – to było pierwsze, co zrozumiała, gdy duszący dym przestał zajmować jej płuca. Zaraz po tym skarciła się w myślach za własną głupotę. Cholera, przecież wciąż znajdowali się na polu bitwy. Co oni sobie myśleli, obściskując się w samym centrum rozgrywającej się wojny?

Otworzyła oczy, napotykając zmartwiony wzrok Kakashiego. Poczuła, jak jego ręce zadrżały. Musiał być wymęczony, a mimo to nie wypuścił jej z ramion dopóki nie przytaknęła w odpowiedzi.

– Musisz tu zostać, tam jest zbyt niebezpiecznie – powiedział Kakashi, odstawiając ją ostrożnie na nogi.

– Nie chcę stać z boku i przyglądać się, jak nadstawiacie karku – zaprotestowała. – Jeśli mogę jakoś pomóc...

– Izusu. – Kakashi zbliżył się na krok. – Już raz cię straciłem. Nie pozwolę, aby stało się to ponownie.

Rozumiała go. Cholera, tak dobrze go rozumiała. Ona również bała się utraty kolejnej, bliskiej jej serca osoby. Właśnie dlatego tu przybyła, napędzana strachem, że w każdej sekundzie Kakashi mógł zginąć. Nie wybaczyłaby sobie najdrobniejszą zwłokę, gdyby przyszło jej zapłakać nad jego ciałem.

– Jedyne, co możesz zrobić – ciągnął Hatake – to wykorzystać resztę swojej chakry, aby pomóc rannym.

– A co z tobą? – natychmiast zapytała.

– Idę tam.

– Ale...

– Nie rozumiesz. – Kakashi pokręcił głową. – Muszę tam wrócić. Osoba, która podawała się za Madarę w rzeczywistości okazała się kimś zupełnie innym. To... – Wziął głęboki wdech. – To Uchiha Obito.

Izusu zmarszczyła brwi. Uchiha? To chyba jakaś pomyłka, przecież wszyscy Uchiha...

Zamarła, gdy świadomość uderzyła w nią podwójnie. Obito, Obito... Tak, to musiał być on – dawny członek drużyny Minato, przyjaciel Kakashiego, ofiara poprzedniej wojny shinobi.

– Niemożliwe – szepnęła, zasłaniając usta. – Jak... Jak to się stało, że on wciąż żyje?

– To już nieistotne. Jest naszym wrogiem i musimy go powstrzymać.

Starał się, naprawdę próbował tłumić w sobie wszystkie, głęboko przeżywane emocje, ale Izusu widziała, jak wielki ból sprawiały mu wypowiadane słowa. Walka z wrogiem to jedno, ale walka z dawnym przyjacielem to zupełnie inna sprawa.

Poczuła dreszcz, przypominając sobie, że przez długi czas również stała po tej drugiej stronie. Gdyby wówczas w pobliżu znalazł się Kakashi, nie potrafiłaby skierować w niego broń. Już wtedy, gdy z ukrycia obserwowała jego walkę z Kakuzu, wiedziała, że żadna siła nie pozwoliłaby jej go skrzywdzić.

– Jestem z tobą, Kakashi – powiedziała, zaciskając palce na jego dłoni. Nawet nie wiedziała, w którym momencie odważyła się go dotknąć. Chciała tylko okazać mu wsparcie. A może pragnęła jego bliskości bardziej, niż myślała?

Kakashi zareagował z lekkim opóźnieniem, niczym wyrwany z wędrówki po wspomnieniach. Natychmiast splótł ich palce i obdarzył ją wdzięcznym spojrzeniem.

Izusu wcale nie dziwiło, że w pierwszej chwili uznał ich spotkanie za jeden wielki sen. Sama wciąż nie wierzyła, że to działo się naprawdę. Jeszcze nie tak dawno była przekonana, że to koniec; że wszystko skończyło się wraz ze śmiercią Itachiego. Poddała się w walce o własne życie i marzenia. Teraz z nadzieją patrzyła w przyszłość.

– Obiecaj mi, że nie zbliżysz się do pola walki, niezależnie od tego, co się wydarzy – powiedział Kakashi, z niepokojem zerkając w kierunku wstrząsających ziemią wybuchów.

– Najpierw ty przysięgnij, że wrócisz stamtąd cały i zdrowy. – Usłyszał jej pełen determinacji głos i poczuł, jak jego serce przyspieszyło. W błękitnych oczach ujrzał iskrę, wymieszaną ze strachem, którego nawet nie próbowała ukryć. Martwiła się o niego. Ta świadomość wywołała mrowiące pod skórą ciepło. – Przysięgnij mi tu i teraz, że nie dasz się zabić; że nie zginiesz choćby nie wiem, co. Ja... ja też nie chcę cię stracić!

Znów to zrobiła. Izusu zawsze grała najpiękniejsze melodie w jego sercu, wypełniając tę pustą skorupę czymś więcej. Poruszała jego zimnym wnętrzem, rzucała genjutsu, choć nie używała chakry, a Kakashi mógł jedynie desperacko walczyć o nie przekroczenie pewnych granic.

Gdyby tylko znaleźli się w innym miejscu, gdyby tylko losy świata nie ważyły się tuż pod ich nosem, już dawno wyraziłby wszystko, co czuł jednym, namiętnym pocałunkiem. Powstrzymał się w ostatniej chwili, zakładając za jej ucho zbłąkany kosmyk włosów.

O ile jeszcze niedawno perspektywa śmierci wydawała mu się kusząca, tak teraz zakrawała o istne szaleństwo. Kakashi nie zamierzał umierać. Nie, kiedy nadarzyła się okazja, aby zamknąć pewne rozdziały swojego życia.

Nie teraz, gdy znów miał dla kogo żyć.

– Przysięgam, że kiedy znów się spotkamy, będę cały i zdrowy, a wtedy... wrócimy razem do Konohy.

Ujął jej podbródek, a następnie złożył czuły pocałunek na jej czole, wyrażając tym samym przypieczętowanie obietnicy, której nie zamierzał złamać.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen247.Pro