Oddech przed burzą
Był już późny wieczór, za oknem zrobiło się ciemno, a cały Instytut ogarnęła cisza. Wszyscy udali się do swoich pokoi, by wyspać się przed kolejnym dniem pełnym wrażeń. Niewątpliwie nic nie będzie już takie samo, odkąd Clarissa Fairchild została schwytana i uwięziona w podziemnych lochach.
Aline Penhallow siedziała na dużym łóżku pokrytym żółto-białą pościelą, wpatrując się w swoje stopy. Intensywnie myślała nad wydarzeniami tego dnia. Czy postąpiła słusznie? Czy odpowiednio szybko wezwała Aleca? Czy podjęła dobre decyzje przed jego przybyciem? Czarne myśli ciągle krążyły po jej głowie.
W pewnym momencie dębowe drzwi prowadzące do łazienki otwarły się, a stanęła w nich Helen owinięta w biały ręcznik. Z jej włosów skapywała woda, a ramiona pokryły się gęsią skórką, gdy opuściła nagrzane od ciepłej wody pomieszczenie.
- Nad czym tak myślisz?- spytała, widząc nietęgą minę swojej partnerki.
- Nad tym, co się dzisiaj stało- odparła, spoglądając w kierunku blondynki- Alec wziął wolne, zastąpiłam go. Wszystko szło dobrze, aż do momentu, w którym do gabinetu weszła Clary... Nikt jej nie widział, nie uchwycił jej monitoring- westchnęła, po czym kontynuowała- Ona jakby miała amnezję...
Blackthorn tylko potakiwała głową, wyjmując z szafy czarną koszulkę na ramiączkach i krótkie szare spodenki, które służyły jej za piżamę.
- Postawiłam wszystkich ludzi na nogi, tak bardzo bałam się, że znowu komuś może stać się krzywda...- kontynuowała Aline z coraz większym przejęciem- Teraz niemal każdy wie o tym, że Clary wróciła. Ludzie już zaczęli gadać, ciągle słychać jakieś plotki na korytarzach. Chyba zrezygnuję jutro ze śniadania, bo jak tylko wejdę do kantyny, to pewnie zjedzą mnie wzrokiem.
- Nie przesadzaj, ludzie zawsze gadali, gadają i będą gadać- powiedziała Helen, rzucając ręcznik na łóżko obok dziewczyny, po czym przebrała się szybko- To, że się zamartwiasz, naprawdę w niczym ci nie pomoże.
- Boli mnie brzuch na samą myśl o konfrontacji z Jace'm. Przecież on mnie zabije za związanie i skucie tej dziewczyny...
- Jace nic ci nie zrobi- położyła dłoń na jej ramieniu i usiadła na łóżku- Może być zły, ale to normalne. Też byłabym wkurzona, gdyby ktoś osadził cię w więzieniu.
- To zupełnie inna sytuacja...
- Cichutko- blondynka położyła palec na ustach brunetki- Jutro spędzimy razem cały dzień. Będę chodzić za tobą krok w krok, a jeśli ktokolwiek choćby krzywo na ciebie spojrzy, to będzie musiał najpierw rozprawić się ze mną.
- Helen, twoje słowa są naprawdę miłe, ale...
- Nie ma żadnego "ale"- chwyciła dziewczynę za brodę i lekko pocałowała- Rozumiesz? Będę z tobą, dopóki nie poczujesz się znów pewnie.
- Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej dziewczyny- Aline lekko uniosła kąciki ust, a potem postanowiła, że sama też zainicjuje delikatny pocałunek.
~~
W innej części budynku nowojorskiego Instytutu Alec i Magnus również zaliczali bezsenną noc, w starym pokoju Aleca. Nocny Łowca nie potrafił oswoić się z myślą, że Jace w końcu i tak złoży im wizytę. Jeśli chodzi o Clary to tylko kwestia czasu, aż pojawi się nawet pomimo zakazu.
- Alexandrze czy możemy w końcu chociaż się położyć?- spytał Czarownik, który od dłuższego czasu siedział na krańcu łóżka i obserwował swojego partnera, wpatrzonego w okno- Naprawdę, tutaj też możesz rozmyślać o czym tylko zechcesz, a przynajmniej pod kołdrą będzie ci ciepło.
- Pamiętasz jak wpatrywaliście się z Madzie w gwiazdy, szukając w nich Catariny?- zapytał młodszy, ignorując propozycję- Nie do końca was wtedy rozumiałem, ale teraz... To takie odprężające. Sam fakt, że na chwilę możesz uwierzyć w to, że gdzieś na górze są odpowiedzi na wszystkie twoje pytania.
- Na górze są Anioły, a one znają odpowiedzi na wiele pytań- odparł starszy, wstając. Objął męża od tyłu, opierając brodę na jego ramieniu- Nie mam pojęcia czy na wszystkie, ale na pewno na więcej niż najstarszy mędrzec tego świata.
- Nawet Anioły nie wiedzą tego jak bardzo cieszę się, że mam cię u swojego boku, Magnusie- niebieskooki uśmiechnął się słabo i musnął ustami czoło Czarownika.
- Dla mnie to ty jesteś Aniołem, Alexandrze- Mag ułożył dłonie na biodrach młodszego i zaczął gładzić je lekko.
- Teraz to już przesadziłeś- odwrócił się stając z kociookim twarzą w twarz- Ale miło mi to od ciebie usłyszeć.
- Razem na pewno wymyślimy coś w sprawie Clary i twojego brata. Z pomocą Aniołów czy bez... Poradzimy sobie, jak zawsze.
- W końcu jesteśmy drużyną- Alec przygryzł wargę, spoglądając na swoją obrączkę kolejny raz tego wieczora- Lightwood-Bane, zawsze dajemy radę.
- Nie musisz tak podkreślać mojego nazwiska, to było tylko chwilowe zawahanie- westchnął starszy, przypominając sobie ich wcześniejszą rozmowę.
- Ale chcę- przerwał mu Łowca- Bo nazywam się Alexander Lightwood-Bane i od prawie półtora roku dzielę to nazwisko z tobą.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen247.Pro