Rozdział 1
Szłam naprawdę zła w kierunku klubu, przed którym już zdążył się ustawić wężyk imprezowiczów, narzekających na ociągającego się, wrednego bramkarza.
Zastanawiałam się, co takiego ściągało tylu ludzi do budynku z czerwonej cegły z neonowym napisem Klub Scorpion, który był widoczny z kilometra.
Z racji, że wszyscy pracownicy mnie znali oraz choćby na wzgląd na to, kim kiedyś byłam szanowali, zostałam wpuszczona do środka bez kolejki.
- Lily? Co ty tutaj robisz? - Moja przyjaciółka Kelly, która była tu kelnerką, od razu do mnie podeszła.
Trochę miałam do niej żal, że nadal tu pracowała. W dodatku w tym głupim, uwłaczającym uniformie, a mianowicie skórzanej, obcisłej sukience z dużym dekoltem. Ten styl jakoś kompletnie nie pasował mi do jej delikatnych jasnych włosków oraz okrągłej, dziecinnej twarzy.
- Jest u siebie? - zapytałam, na co dziewczyna od razu zaczęła zachowywać się dziwnie.
- Wiesz... - Spojrzała w bok, poprawiając nerwowo włosy. - To nienajlepszy moment...
- Nie jest już moim mężem. Nie obchodzi mnie, nawet jeśli aktualnie rucha się z trzema na raz. Przerwie sobie na chwilę - rzuciłam, a jej mina wyglądała tak, jakbym trafiła. - Powiesz mi gdzie jest? - Przechyliłam głowę w bok, już totalnie zniecierpliwiona. Poza tym, nie mogłam uwierzyć, że nawet Kelly utrudniała mi i wydłużała czas, który musiałam tu spędzić.
- Jest... w VIP. W ósemce - powiedziała niechętnie, na co podziękowałam cicho i ruszyłam w odpowiednim kierunku.
Dosłownie przechodziły mnie ciarki na widok tych znajomych korytarzy i w ogóle znajomego wystroju, gdzie przez punktowe, ledwie świecące lamki, można było jedynie zgadywać, gdzie się było.
Dopiero kiedy wchodziło się do strefy VIP, sytuacja miała się zgoła inaczej. Jak w większości klubów, tam też o takiej porze panował półmrok, ale dzięki żyrandolowi z kilkunastu ozdobnych żarówek, przynajmniej było dobrze widać centralną część strefy wspólnej, gdzie aktualnie jakiś bogacz najwyraźniej zrobił sobie święto, wraz z kilkoma oblechami, którzy ślinili się na widok trzech tancerek w samych stringach.
Naprawdę ledwie tam weszłam i już miałam ochotę stamtąd wyjść. Już prawie dotarłam do sali numer osiem, gdy znów zatrzymał mnie ochroniarz. Mocno chwycił moje ramię, a następnie miotnął mną o ścianę, ale momentalnie na jego twarzy pojawiło się przerażenie, gdy tylko mnie rozpoznał.
- Lily? Co ty tu robisz? - zapytał zdziwiony. - To nie jest najleps...
- Nienajlepszy moment. Wiem! Ale to nie może czekać. Nie obchodzi mnie, co robi Jev. Muszę z nim pilnie porozmawiać - powiedziałam, ale ochroniarz nie wyglądał na chętnego, żeby mnie wpuścić.
- Przepraszam Lily, ale nie mogę. Powiem mu, że byłaś, albo poczekaj chwilę. Dam mu znać, że czekasz - poprosił, więc przytaknęłam.
- Idź do holu. Zaraz do ciebie przyjdzie - zapewnił, więc przytaknęłam i udałam, że naprawdę zamierzałam poczekać w holu, ale kiedy tylko mężczyzna wszedł do sali, nie powstrzymałam się i zaraz weszłam za nim.
Widok, który zastałam wcale mnie nie zdziwił.
Jev poderwał się zaraz zza stolika, zastawionego butelkami, a naprzeciwko niego, tańczyły kompletnie nagie dwie dziewczyny, którym przerwałam spektakularny występ.
Zapiszczały zaskoczone niespodziewanym wtargnięciem i zaraz zabrały się za zbieranie ubrań, zakrywając się to rękami, to podniesionymi elementami garderoby.
- Lily? - Zdziwił się nie mniej niż reszta.
Co było naturalne, bo przysięgałam sobie, że moja noga nigdy więcej tu nie postanie.
- Nie przeszkadzaj sobie - powiedziałam, aby mu dogryźć.
Chciał ratować nasze małżeństwo, zapewniał, że kocha mnie nad życie i nie przestanie o mnie walczyć, a w międzyczasie dalej chodził sobie na kurwy oraz patrzył na tańce...
Był bezczelny do granic możliwości.
- Chciałam cię tylko ostrzec, że jeżeli nie przestaniesz grozić Johnowi, to ja tak tego nie zostawię - oznajmiłam stanowczo.
- Nie grożę mu - rzucił obojętnie, marszcząc brwi w zadumie.
- Tak - prychnęłam rozbawiona. - A ja jestem wróżką zębuszką.
- Wszyscy wynocha! - warknął ostro.
- Nie. Czemu. Niech będą świadkami tej rozmowy - powiedziałam, ale nikt nie miał zamiaru narażać się własnemu szefowi, który już ciskał w nich gromy za to, że nie powstrzymali mnie przed dotarciem tu.
W kilka chwil zostałam kompletnie sama z moim byłym mężem. I kompletnie straciłam swoją pewność siebie, będąc z jedynie z nim.
- Tylko tyle miałam ci do powiedzenia - rzuciłam, a następnie chciałam już wyjść, ale wtedy zabrzmiał ten jego władczy, gniewny ton.
- Ani kroku więcej!
Ciarki przeszły mi po kręgosłupie. W zasadzie zaczęłam się cała trząść, w rytm szybko bijącego serca.
Ten ton głosu, przypominał mi każdą naszą kłótnię. Zwykle w taki sposób tłamsił moje sprzeciwy, czy propozycje inne niż te, o których myślał on. Przecież jako żona, nie miałam prawa mieć innego zdania i chcieć od życia czegoś innego...
Odwróciłam się w jego stronę oraz zadarłam głowę do góry, starając się w ten sposób chociaż udawać, że nie miał już nade mną takiej władzy... że nie byłam potulną żonką, która kuliła się gdy podniósł głos.
Westchnął ciężko.
- Okej. Groziłem mu na początku, kiedy jeszcze wierzyłem, że zmądrzejesz i go zostawisz... - powiedział, a ja zaśmiałam się pod nosem.
Nie mogłam uwierzyć, że dziwił się, że nie chciałam mieć z nim nic wspólnego, gdy wciąż mi ubliżał oraz traktował jak... wytresowanego pieska.
- Ale powiedziałaś, że jeśli naprawdę coś do ciebie czuję, to mam przestać się wtrącać w wasze życie. - Zamilkł na trochę. - Więc naprawdę to zrobiłem - oznajmił, co rozbawiło mnie jeszcze bardziej.
- I ja mam ci wierzyć? - prychnęłam z pogardą. - Jesteś śmieszny. Po prostu się wreszcie odczep! - rzuciłam już z zamiarem wyjścia, ale on nie zamierzał pozwolić mi jeszcze odejść.
- To naprawdę nie ja. Co zawierała pogróżka?
- O proszę! Nie pamiętasz, co napisałeś wczoraj wieczorem?
- Nie bądź zgryźliwa.
Wygrzebałam z kieszeni skórzanej kurtki zmiętą kartkę, z nadrukowanym, krótkim komunikatem, a następnie wręczyłam mu ją.
Nie wierzyłam, żeby mówił prawdę, ale rozsądek coraz bardziej sugerował mi, że coś było nie tak... a jeśli to ktoś inny? Tylko dlaczego miałby grozić Johnowi?
- Jeśli nie zostawisz Lily w spokoju, pożałujesz tego - przeczytał, marszcząc brwi. - Widać, że ten ktoś nie potrafi pisać gróźb - rzucił z lekceważeniem. - Ale jeśli tak bardzo się martwisz, że ktoś mu zrobi kuku, to sprawdzę to - powiedział głosem przepełnionym kpiną.
- Nie. - Wyrwałam mu z rąk kartkę. - Jeśli to nie ty, to cieszę się, że wreszcie dałeś nam spokój. Nie mieszaj się już w nasze życie - powiedziałam stanowczo, po czym zaraz wyszłam, zastanawiając się coraz intensywniej nad tym, czy Jev mógł kłamać, a jeśli nie... to kto mógł chcieć grozić Johnowi?
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen247.Pro