28. Szukajmy
Oparłam głowę o metalową rurę od łóżka. Mam już dosyć oddawania krwi i nie tylko ja jestem tego zdania.
-Mam dosyć wymiotów.- żachnęła Harper.
-A ja igieł.- dodał Miller opierając się o moje ramię. Zmarszczyłam brwi zirytowana.
-Nie jestem poduszką.- fuknęłam.
-Ale jesteś wygodna.- popchnęłam go, a on plecami upadł na łóżko. Reszta zaśmiała się.
-Ej, było mi wygodnie.- spowrotem usiadł prosto.
-Lepiej sobie na takie rzeczy nie pozwalaj, jeszcze Bellamy się dowie i będzie zazdrosny. Wtedy będziesz przed nim uciekał i odechce ci się robienia z Monel poduszki.- powiedział robawiony Jasper.
-Spokojnie, mi nic nie grozi, Monel nie jest w moim typie.
-Oh, czuję się urażona.- teatralnie złapałam się za serce udając że mnie to zabolało, ale po chwili parsknęłam śmiechem, a reszta mi zawtórowała.
-Wszyscy wiedzą o mojej orientacji.- dodał Miller. Otarłam łzę od śmiechu.
-I tak Bellamy nic by ci nie zrobił, wątpię bym go obchodziła.- drugą część zdania powiedziałam dość cicho i spuściłam głowę w dół.
-Głupoty gadasz, nawet ślepy by zobaczył, że między wami coś jest. Wszyscy to widzą.- powiedział Jasper.
-Co niby?
Parskneli śmiechem, a ja zrobiłam zdezorientowaną minę.
-Nie udawaj, że nie wiesz.- dodał Miller szturchając mnie w ramię, a ja poczułam gorąco na policzkach.- Ooo, rumieni się.
-Dobra, przestańcie.
-Właśnie za takimi beztroskimi momentami tęsknię. My wszyscy razem, żarty, nie myślimy o tym jak przetrwać kolejny dzień.- powiedziała smęnie Harper. Wszyscy spoważnieliśmy, a uśmiechy zniknęły nam z twarzy. Zrobiło się cicho i nieprzyjemnie, no prawie cicho bo w tle gra muzyka i inni rozmawiają między sobą.
-Musimy zyskać jak najwięcej czasu.- przerwał ciszę Jasper i powrócił do tematu, do którego nikt nie ma ochoty wracać i rozmawiać o tym.
-I po co? Równie dobrze możemy dać się zabić próbując stąd uciec.- prychnął Miller.
-Po ucieczce Clarke nie mamy szans. Musimy zaczekać aż po nas wróci.- Miller'owi nie przypadło do gustu zdanie Monty'ego.
-A jak nie wróci. Co jeśli nie żyje, a oni chcą zatuszować jej śmieć, nikt nie przyjdzie, a oni dostaną to co chcieli.- zaczęła panikować Harper.
-Wróci, tego jestem pewna i na pewno nie tuszują jej śmierci.- ufam Danielowi i wiem że nie oszukałby mnie w tak ważnej sprawie.- Nie możemy się poddawać i musimy wierzyć, że jakoś się wszystko ułoży.- zaczęłam ich pocieszać, równocześnie siebie też bo coraz częściej dopadają mnie depresyjne myśli i fakt, że ten bunkier będzie naszym grobem. Niezbyt pozytywne podejście, ale jakie mogę mieć? Że Bellamy przybędzie tu na białym rumaku, w lśniące zbroi, zabije smoka i uratuje mnie z wieży jak rycerz księżniczkę? Zaśmiałam się w myślach za swoje żałosne myśli. Nie jestem księżniczką i pędzej sama bym zagieła kieckę, zabiła smoka i spierdzieliła z głupiej wieży niż czekać nie wiadomo ile na księcia z bajki.
Spróbowałabym uciec z Mount Weather ale co byłoby z moimi przyjaciółmi? Nigdy bym ich nie zostawiła, są moją rodziną, jedyną jaką mam. Ale skoro na razie nie możemy wydostać się to zróbmy coś innego, dowiecmy się prawdy.
-Ucieknijmy.- zaproponował po chwili Miller.
-Nie, mam lepszy plan. Dowiemy się prawdy. W końcu jesteśmy kryminalistami więc powęszmy trochę.- powiedziałam cwaniacko się uśmiechając, a reszcie spodobał się mój pomysł.
~
Razem z Monty'm próbujemy otworzyć drzwi do gabinetu prezydenta, reszta stoi na straży i obserwuje korytarz. Kamery prowadzące do gabinetu Dantego zostały wyłączone przez Mayę i Daniela aby nikt nas nie przyłapał.
-Pośpieszcie się.- ponaglił nas Jasper.
-Myślisz, że gdyby to było takie proste to nadal byśmy nad tym ślęczeli. Musimy obejść system żeby nie włączył się alarm i nie dowiedzieli się co robimy.- warknęłam zirytowana.
-Sorry- szatyn podniósł ręce w obronnym geście.- Po prostu nie chcę aby nas złapali na gorącym uczynku.
-Nie tylko ty.- dodałam.
Udało się, drzwi się otworzyły.
-Zuch gamonie.- powiedział Jasper gdy podszedł do nas i poczochrał nam obojgu włosy.
-Sam jesteś gamoń.- szturchnęłam go w ramię szczerze się uśmiechając.
-Racja, nasz gamoń.- powiedział Monty.
-Trio gamoniów.- powiedział Jasper.
Weszliśmy do środka, a Harper została na korytarzu aby w razie czego nas uprzedzić byśmy mogli szybko uciec.
Muszę przyznać, że Dante ma całkiem fajny gabinet, elegancko ozdobiony.
Jasper ustał przy drzwach, Miller zaczął grzebać w szafkach jako nasz złodziej, a ja z Montym zabraliśmy się za schakowanie komputera leżącego na biurku. Otworzyłam go, a na monitorze pojawiło się okienko do wpisania hasła.
-No to do roboty.- pstryknęłam palcami i zaczęłam wpisywać różne wzory kodów na klawiaturze. Monty stoi przy mnie i podpowiada mi.
-Ej spójrzcie, całkiem niezły.- powiedział zafascynowany Jasper. Spojrzeliśmy na niego, trzyma w dłoni miecz i nim wymachyje.
-Odłuż to bo jeszcze zrobisz sobie kuku.- powiedziałam jak do małego dziecka.
-Bez przesady.- chciał odłożyć miecz, ale końcem zachaczył o stojący na szafce wazon. I gdyby nie złapał go w ostatniej chwili narobił by hałasu, który mógłby kosztować nas złapanie na gorącym uczynku.
-Serio?- zapytałam sarkastycznie.
-Już będę grzeczny.- uśmechnał się niewinnie i odłożył rzeczy.
Wróciłam do hakowania komputera.
-Mam coś.- powiedział Miller wyjmując jakieś papiery z szuflady. W tym samym czasie udało nam się złamać hasło i dostać się do zawartości laptopa.
-Ja mam chyba coś lepszego.- powiedziałam patrząc na ekran, na którym wyświetliły się zdjęcia ludzi z Arki, obozu, który zrobili i stacji Alpha, którym przylecieli. Chłopcy podeszli do nas.
-Udało im się wylądować, nie jesteśmy teraz sami.- powiedział radośnie Jasper. Spojrzeliśmy na siebie na wzajem uśmiechając się.
Ta wiadomoś to prawdziwy cud. Nasi ludzie wylądowali, a przynajmniej część z nich bo niewiadomo jak z innymi stacjami, czy tam też ktoś przeżył. Teraz na pewno ktoś po nas przyjdzie, wierzę że Clarke udało się do nich dotrzeć. Mamy szansę.
~
Wróciliśmy do siebie. Miller'owi udało się znaleźć inne schematy góry niż te, które dostaliśmy na początku. Szukamy na nich jakiś możliwych wyjść albo czegokolwiek co by pomogło w przyszłej ucieczce.
-Jeśli Alpha doleciała to reszta stacji możliwe że też.- rzekł z nadzieją Monty.- Jest szansa.
-Na pewno, będziesz mógł zobaczyć rodziców.- położyłam mu rękę na ramieniu.
-Mój tata jest z Alphy.- powiedział Miller.- Niezły paradoks, tata był szefem straży, a ja kradnę.- dodał trochę przygnębiony.
-Jesteś świetnym złodziejem.- powiedziałam z uśmiechem.
-Dzięki.- odwzajemnił gest.
-Nie ma sprawy.- uderzyłam go przyjacielsko w ramię. Ten prychnął rozbawiony i rzucił się na mnie chcąc mnie połaskotać. Zrobiłam unik i szybko weszłam na piętrowe łóżko.
-I tak tam cię dorwę.- chciał wspiąć się po drabince na górę ale pytanie Jaspera, który dopiero co przyszedł zatrzymało go.
-Widzieliście Harper?- zapytał z niepokojem.
-Ostatni raz widziałem ją jak byliśmy w gabinecie prezydenta, pilnowała na korytarzu.- odpowiedział Monty.
-Ja też.- dodał Miller, a ja przytaknęłam że ja również.
-No to mamy kłopot.- podsumowałam szatyn.
...
Mam nadzieję że się wam podoba😉
Było by miło gdybyście zostawili gwiazdkę albo komentarz, to bardzo motywuje 😇
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen247.Pro